ROZDZIAŁ 4
klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
- Furda! - rzekł Ranicki. - Nic nam nie uczynią. Teraz wojna; mało to ludzi po świecie bez dachu i chleba się włóczy? Zbierzem sobie partię, towarzysze mili, i niech nas wszystkie trybunały ścigają! Daj rękę, Rekuć, odpuszczam ci!

- Byłbym ci uszy obciął - zapiszczał Rekuć - ale już pogódźmy się! wspólna nas konfuzja spotkała.

- Kazać pójść precz takim jak my kawalerom! - rzekł Kokosiński.

- I mnie, w którym senatorska krew płynie! - dodał Ranicki.

- Ludziom godnym! familiantom!

- Żołnierzom zasłużonym !

- I exulom !

- Sierotom niewinnym!

- Mam buty wyporkiem podszyte, ale już mi nogi marzną - rzekł Kulwiec.

- Co będziemy jak dziady pod tym domem stali, nie wyniosą nam tu piwa grzanego! Nic tu po nas! Siadajmy i jedźmy. Czeladź lepiej odesłać, bo co po nich bez strzelb i broni, a sami jedźmy.

- Do Upity!

- Do Jędrusia, przyjaciela zacnego! Przed nim się poskarżym.

- Bylebyśmy go nie minęli.

- Na koń, towarzysze! na koń!

Siedli i ruszyli stępą, gniew i wstyd przeżuwając. Za bramą Ranicki, którego złość trzymała jeszcze jak za gardło, odwrócił się i pogroził pięścią dworowi.

- Ej, krwi mi ! ej, krwi !

- N niechby się tylko z Kmicicem pokłócili! - rzekł Kokosiński - przyjechalibyśmy tu jeszcze z hubką.

- Może to być.

- Boże nam pomóż - dodał Uhlik.

- Pogańska córka, cieciórka zaciekła!..

Tak klnąc i sierdząc się na pannę, a czasem na siebie samych warcząc, dojechali do lasu. Ledwie minęli pierwsze drzewa, ogromne stado wron zawichrzyło się nad ich głowami. Zend począł zaraz krakać przeraźliwie; tysiące głosów odpowiedziało mu z góry. Stado zniżyło się tak, że aż konie poczęły się lękać szumu skrzydeł.

- Stul gębę! - krzyknął na Zenda Ranicki. - Jeszcze nieszczęście wykraczesz! Kraczą nad nami te wrońska, jakby nad padliną...

Ale inni śmieli się, więc Zend krakał ciągle. Wrony zniżały się coraz bardziej i tak jechali jak wśród burzy. Głupi! nie umieli odgadnąć złej wróżby.

Za lasem ukazały się już Wołmontowicze, ku którym kawalerowie ruszyli rysią, bo mróz był srogi i zmarzli bardzo, a do Upity było dość jeszcze daleko. Ale w samej wsi musieli zwolnić. Na szerokiej drodze zaścianku pełno było ludzi, jako zwyczajnie przy niedzieli. Butrymowie i Butrymówny wracali piechotą i saniami z Mitrunów, z odpustu. Szlachta poglądała ciekawie na nieznanych jeźdźców, w pół się domyślając, co to za jedni. Młode szlachcianki słyszały już o rozpuście w Lubiczu i o sławnych jawnogrzesznikach; których pan Kmicic przyprowadził, więc przypatrywały im się jeszcze ciekawiej. Oni zaś jechali dumnie, w pięknych postawach żołnierskich, w zdobycznych aksamitnych ferezjach, w kołpakach rysich i na dzielnych koniach. Znać było jednak, że to żołnierze zawołani: miny rzęsiste i harde, prawe ręce wparte w boki, głowy podniesione. Nie ustępowali też nikomu jadąc szeregiem i pokrzykując od czasu do czasu: "Z drogi!" Jaki taki z Butrymów spojrzał posępnie spode łba, ale ustąpił; oni zaś gwarzyli między sobą o zaścianku.

Oznacz znajomych, którym może się przydać

strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 -  - 8 -  - 9 -  - 10 -  - 11 -  - 12 - 


  Dowiedz się więcej
1  „Potop” jako powieść pisana „ku pokrzepieniu serc”
2  Dzieje Andrzeja Kmicica
3  Zagłoba - charakterystyka



Komentarze
artykuł / utwór: ROZDZIAŁ 4







    Tagi: